Włóczykij

Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij"

- Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 14 i 15

Uczestnicy sztafety Afryka Nowaka są w trasie już 450 dni. Od połowy grudnia 2010 roku przemierzają Angolę. Co działo się w tym czasie? Krótkie relacje przedstawiamy poniżej.

Etap 14 - Angola I, Szpiedzy Nowaka w Krainie Deszczowców - 18-19.12.2010

Szczęśliwie o godzinie ósmej opuszczamy misję w Mupa i ruszamy drogą prowadzącą wzdłuż rzeki Cuvelai, do miejscowości o tej samej nazwie.

Wczesne wstawanie chyba weszło już nam w krew,a codzienna pobudka o 5.00 jest absolutnie naturalna, natomiast sprawne zbieranie się, pakowanie sakw, ekwipowanie na cały dzień jazdy nie jest jeszcze naszą domeną - wyjazd o 7.15 rano, to dotychczasowy rekord.

Pokonanie dystansu 60 km zajmuje nam prawie 6 godzin. Droga była ciężka: częściowo utwardzona, ale zdarzały się odcinki piaszczyste i błotniste. Samochody już tędy nie przejadą - przeprawy przez strumienie tylko w bród, wyrwy w drodze, ogromne kałuże, ścieżki w buszu jako objazdy: wszystko to powoduje, że tylko jednoślady są w stanie pokonać tę trasę. Kilkukrotnie musieliśmy przebijać się przez ogromne stada krów rogatych pędzonych z lub na pastwiska.

Krajobraz przestał być już tak monotonny, rzadki, niski busz zaczął ustępować gęstszym i wyższym drzewom, coraz więcej pagórków zaczęło sprawiać nam cudowną satysfakcję na kilkusetmetrowych, jeszcze delikatnych, zjazdach. Nieco mniej nas cieszyły podjazdy, tym bardziej, że szutrówka rzeczywiście często zamieniała się w piaszczystą, zakurzoną saunę. W dodatku, nie wiedzieć czemu, ale najbardziej piaszczyste podjazdy upodobały sobie końskie muchy, które dyscyplinowały nasze nogi do silniejszego naciskania na pedały - nie było czasu na wytchnienie. Ostatnia godzina jazdy dała nam nieźle "popalić", jeszcze raz przekonaliśmy się, że podróż w pełnym słońcu nie jest najlepszym pomysłem. Do miasteczka wjechaliśmy nieźle wymęczeni, humory psuł nam także afrykański "spokój" i bezradność podczas podejmowania decyzji miejscowych "dygnitarzy" co do tego, jak i gdzie nas przyjąć. Postanowiliśmy więc skorzystać z ostatnich promieni słońca i na godzinę pojechaliśmy zaczerpnąć nieco kąpieli w Cuvelai, jak Nowak prawie 80 lat temu!

Poza potężnymi baobabami dającymi od czasu do czasu kawałek wytęsknionego cienia i zdradliwymi akacjami szczerzącymi kolce do naszych styranych opon, pojawia się coraz większa różnorodność krzewów, kwiatów, a także słodko pachnące dojrzewającymi owocami mangowce. Mango prosto z drzewa - bezcenne.

Przyzwyczajamy się do prostego życia bez wygodnych wynalazków cywilizacji. Trzeci dzień telefony komórkowe są bez zasięgu; wioski - tzw. aldeas - które mijamy, wyglądają dokładnie jak te z fotografii Kazika. Identyczne dachy kryte słomą, ściany najczęściej pozbawione okien, drewniane konstrukcje wzmocnione i uszczelnione czerwoną glinką. Ludzie żywią się tu głównie potrawą z manioku lub kukurydzy zwaną "pirau" (w Zimbabwe mówi się na tę papkę sadza) i właściwie tylko ich ubrania pochodzące z konsumpcyjnej rzeczywistości wielkiej cywilizacji, świadczą o tym, że gdzieś indziej, daleko, jest "cywilizowany świat". Świadomość tej odległości jest tym większa, im bardziej sprane i wytarte są loga znanych firm na ubraniach tubylców: nike, coca-cola, dolce&gabbana, addidas czy puma. Absolutnym hitem są t-shirty pochodzące z ostatniej kampanii prezydenckiej w USA, Baracka Obamę spotykamy prawie w każdej wiosce, to samo dotyczy Eminema i kilku innych amerykańskich raperów. Che Guevara mija nas kilka razy dziennie, dumnie pozdrawiając z koszulek, plakatów w sklepach czy nalepek na samochodach i motocyklach. W odniesieniu do bosych stóp, tobołków na głowach i dzieci noszonych w panu na plecach przez kobiety twarze bohaterów masowej kultury to całkowita abstrakcja!

Cuvelai to niewielka miejscowość z przemiłym policjantem, który ostatecznie usadawia nas w nowobudowanym pawilonie - mamy tam do dyspozycji sporą werandę i pomieszczenia bez wstawionych okien, jeszcze w stanie surowym. Jak dla nas to i tak pełen luksus. Śpimy bez namiotów, zawinięci we wkładki do śpiworów z bawełny egipskiej nasączone repelentem (wsparcie od firmy Cocoon!) . Wkładki te traktujemy jako całkowite odkrycie naszego etapu - są po prostu rewelacyjne, choć nie ukrywamy, że traktowaliśmy je początkowo dość niepewnie. Nocami jest w nich komfortowo, śpimy przeważnie bez śpiworów, a gdy nad ranem robi się chłodniej wyciągamy spod głów cieplejsze okrycia i dodatkowo izolujemy się od zimna - repelent, którym są nasączone daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu spokojnego snu.

Już po zmroku postanawiamy przejść się po osadzie - w jednym ze sklepów chcieliśmy kupić moskitiery, bo jeden z naszych zastępczych namiotów rozkłada się wyłącznie z tropikiem, a w gorące, bezdeszczowe noce spanie w namiocie z dodatkową warstwą nieprzepuszczającą świeżego powietrza jest mało komfortowe. W sklepie odsyłają nas do miejscowego punktu medycznego. Jerry tak pokierował rozmową z najważniejszym z "profesorów", że moskitiery nasączone repelentem otrzymujemy bezpłatnie! Miejscowy punkt medyczny, dumnie nazywany kliniką, jest tak odrażający, że ewakuujemy się stamtąd natychmiast po otrzymaniu siatek na moskity - zapach jodyny i innych środków odkażających, pomieszany z potem sanitariuszy i lekarzy oraz stęchlizną mokrych ścian i wszelkich sprzętów jest nie do zniesienia.

Aurę mamy właściwie taką jak Kazik. 22 listopada 1934, będąc w tym samym miejscu, gdzie my, pisał do żony: "Pogoda sprzyja - gorąco tylko i mało wody - a ta, jaką trzeba używać, to prawdziwa gnojówka. W południe tak okropnie gorąco - że ani chce się żyć..."

Cieszymy się, że nie jedziemy w deszczu, ale właściwie codziennie od godziny jedenastej do czternastej słońce świeci prawie pionowo i pali niemiłosiernie. Termometr wskazuje około 40 stopni Celsjusza w słońcu, trudno potwierdzić, ile w cieniu, bo ten nieczęsto się zdarza. Drzewa, pod którymi staramy się co jakiś czas schronić, są liche i kilka metrów od drogi (mimo iż autochtoni zapewniają nas, że min nie ma, to jednak obawiamy się zejść z głównego szlaku), zaś tam, gdzie pasie się bydło, są gzy i inne kąsające owady. Wciąż mamy problemy z wodą pitną - wyschły studnie, więc wszyscy korzystają z wody z rzek, oczek wodnych itp. My również. Dziwi nas, dlaczego tak mało Angolczyków zbiera deszczówkę. Całe szczęści mamy filtry do wody i tabletki uzdatniające (dziękujemy serdecznie OFF-SKLEPOWI za wsparcie naszego etapu tabletkami i sprzętem) i nasza woda przestaje przypominać Nowakową "gnojówkę", a i metaliczny, miejski smak po uzdatnieniu, przestał nam przeszkadzać.

Następnego dnia o świcie sprawnie rozpalamy palnik, gotujemy wodę na kawę i robimy szybkie śniadanie - kolejny słoneczny dzień przed nami, kolejne 65 km, tym razem do miejscowości Cassinga. Tymczasem już po 10 km niespodziewany postój. Dojechaliśmy do malowniczo usytuowanej wioseczki w dolinie rzecznej, przed jedną z chałup spory tłum zbiera się na mszę, no tak... to już niedziela! Najwyraźniej straciliśmy rachubę dni i całkiem przestawiliśmy się na życie czasem afrykańskim.

Przed chałupą kolorowy tłum, kompletnie zaskoczony naszą rowerową karawaną, był tak radosny i serdeczny, że nie mogliśmy przejechać dalej bez krótkiej sesji zdjęciowej oraz "Nowakowej indoktrynacji" - w pewnym momencie podszedł do nas chłopiec, który świetnie mówił po angielsku (urodził się w Namibii podczas wojny domowej i niedawno wrócił z rodzicami do Angoli). Z jego pomocą udało nam się zarazić kazikowym bakcylem kilkadziesiąt duszyczek! Rozdaliśmy też kartki z wizerunkiem Kazika, jesteśmy przekonani, że staną się one niedługo lokalna walutą ;-)

Dzień przynosił kolejne niespodzianki. Wjechaliśmy na tereny (ciągnące się aż po Huambo) wyjątkowo intensywnie poddawane działaniom wojennym (Cassinga była kilkukrotnie bombardowana przez wojska RPA, operujące tu z baz w Namibii). W niewielkiej odległości od szlaku pojawiły się oznaczenia pól minowych - czerwone prostokąty na drzewach i kamieniach oznaczają, że teren jest niebezpieczny, zaś gdy poniżej domalowany jest biały znak to wiadomo, że teren został oczyszczony z niewybuchów i min. Stosując się do zaleceń przyjaciół, którzy pomagali nam w przygotowaniach do etapu, w takich miejscach nie możemy schodzić z drogi pod żadnym pozorem; poczuliśmy okrutne piętno wojny - wypalone szerokie pasy lasu, spalone, porzucone w zagajnikach wraki pojazdów wojskowych, wyludnione i zniszczone wioski, zabudowania podziurawione seriami z broni maszynowej...

Po przejechaniu ponad 40km - pełnych stromych podjazdów i wertepów, których nasze rumaki wyjątkowo nie lubią - dotarliśmy do rzeki Calonga. Przeprawa bez mostu - na chwilę zwątpiliśmy, czy aby nie zgubiliśmy drogi, a dziewczyny nawet, święcie przekonane, że MOST GDZIEŚ MUSI BYĆ, zrobiły kilkukilometrową pętelkę. Bez powodzenia - mostu nie było. W tym czasie chłopcy zaczęli już przeprawę przez rzekę, która okazała się dość płytka i po zdjęciu sakw można było bez problemu przenieść rowery i cały ekwipunek. Dzień był parny, słoneczny, przeciągaliśmy więc jak najdłużej "przeprawę", bo chłodna woda rzeki była świetną odmianą od kurzu i potu, jakie nam towarzyszyły przez ostatnie kilka godzin. Chłopcy pomogli jeszcze paru motocyklistom, którzy co rusz nadjeżdżali z obu stron rzeki, i po dobrej godzinie ruszyliśmy dalej.

Około 16.00 udało nam się dotrzeć do miasteczka Cassinga-Chamotete, gdzie podobnie jak Kazik zatrzymaliśmy się w gościnnej "rezydencji" administratora miejscowości, a właściwie - jak już wcześniej bywało - na werandzie, ponieważ sama rezydencja to kompletna ruina. Wody brak, prądu brak, ale za to był zasięg GSM! Około 18.00 w różnych punktach miasteczka zaczęły szumieć generatory - miedzy innymi u sąsiadów z naprzeciwka, którzy z typową angolską serdecznością odłączyli swoje sprzęty z jedynego rozgałęziacza w domu, byśmy to my zrobili sobie u nich centrum ładowania, podłączając 5 telefonów, 4 aparaty fotograficzne, kamerę, komputer, GPSa, i drukareczkę - taki nasz symboliczny kontakt z cywilizacją ;-)

Następnego dnia planowaliśmy dotrzeć już do Kuvango - kolejnej miejscowości na trasie Kazimierza Nowaka. Prawie 120 km. Do zrobienia, ale musielibyśmy wyjechać sporo przed 7 rano...

Etap 15 - Angola II, W kraju czarnej antylopy - 13-14.01.2011

Po kilku dniach milczenia z powodu braku zasięgu uczestnicy etapu Angola II nadają kolejną relację! Na trasie działo się naprawdę sporo: dzieci wołały za Piotrem i jego ekipą "Chińczycy", zamontowana została następna Nowakowa tabliczka, pojawiła się też możliwość zdobycia nagrody.

Kolejny poranek na Misji Quipeio i kolejny głęboki wdech prastarej energii tego miejsca. Jestem pewien, że Zamoyscy i pozostałe polskie rodziny spędziły w tej dolinie w cieniu olbrzymich drzew eukaliptusowych wspaniałe chwile. I pewnie nie przez przypadek Kazimierz Nowak gościł na fazendzie Zamoyskich aż miesiąc. Magnetyzm tego miejsca powoduje, że zamierzamy zachęcić naszych rodaków do przyjazdu tutaj i dla większej motywacji zostawiamy naszemu gospodarzowi, katechiście, egzemplarz książki "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" ze specjalną dedykacją dla pierwszego Polaka, który tu dotrze i na własne oczy ujrzy mosiężną tabliczkę znaczącą szlak Kazimierza Wielkiego Nowaka.

Tymczasem jednak czas szykować się do drogi, a tu mieszkańcy misji nie chcą wyjść w pole póki nie zobaczą gości o białym kolorze skóry. Ruszamy. Całą noc padało i drogi zamieniły się w potoki błota. Jedzie się trudno. Czasem po jakichś chaszczach dla ominięcia błotnego bajora rozlanego wzdłuż i w poprzek drogi. Szczęśliwie pora deszczowa działa w ten sposób, że pada przeważnie w nocy i z rana, a w ciągu dnia w wyniku wysokich temperatur drogi przesychają. Tym razem było podobnie, więc po południu na wzniesienia ponad 1800 m n.p.m. wspinaliśmy się już po suchym błocie. W końcu wjeżdżamy na najwyższą przełęcz tego dnia i w malowniczym miasteczku skonani konsumujemy smażonego kurczaka i patatas fritas con piri-piri z plastikowego woreczka, który zakupujemy na lokalnym gastronomicznym straganowisku. Siedzimy w cieniu na kamiennych schodach katolickiego nieczynnego kościoła, a dookoła wioska szaleje. Dzieci krzyczą do nas chineses (chińczycy), dorośli pytają gdzie dokładnie w Afryce leży Polska i czy flaga z logo projektu Afrykanowaka to flaga Kuby.

Po drodze do Huambo udaje nam się namierzyć i odwzorować fotograficznie kolejne zdjęcie wykonane przez Kazimierza Nowaka. Tym razem jest to prześlicznej urody skała, czyli gamba jak nazywają ją miejscowi. Zdjęcie gamby ukazało się w artykule zatytułowanym Tam gdzie głód ma skrzydła w tygodniku "Na Szerokim Świecie" z końca kwietnia 1935 roku i podpisane było tak: "Okolica pod Nową Lizboną najeżona jest sterczącymi nad równią płaskowyżu olbrzymimi blokami granitu, niby pomnikami zamierzchłych wieków".

Mimo, że ciśniemy intensywnie przez cały dzień do Huambo (czyli wspominanej przez Nowaka Nowej Lizbony) nie udaje się nam zdążyć przed zmrokiem. Ponownie do asfaltu dojeżdżamy w miejscowości Caala. Do planowanego postoju brakuje nam jeszcze 20 kilometrów. Wjeżdżanie rowerami po ciemku do Huambo, drugiego co do wielkości miasta Angoli, w sznurze motorynek, motorów (głównie marki Kewewseki), samochodów ciężarowych i rozpędzonych jeepów nie jest najlepszym pomysłem. Szukamy "podwózki". Znowu robi się totalne zbiegowisko na największym skrzyżowaniu miasteczka, na którym aranżujemy dalszy transport i w końcu po godzinnych negocjacjach część ekipy (czyli ja z Krzyśkiem) lądujemy w radiowozie policyjnym, a druga połowa wycieczki wraz z rowerami w wynajętym busiku. Policjanci czują się za nas odpowiedzialni i wcześniejsze przedwyjazdowe informacje o ich "interesowności" nie znajdują potwierdzenia w faktach. Po przyjeździe na miejsce cały czas nas pilnują, dzwonią do komendanta, zapewniają o naszym bezpieczeństwie w Angoli. Jednym słowem są na akcji: "Czterech białych turystów-cyklistów z Polski ma przeżyć tę noc".

Następnego dnia jesteśmy już roztasowani w sali lekcyjnej szkoły średniej Sepuk w centrum miasta. Naszym gospodarzem jest nauczyciel Nascimento Dinis (znajomy niezwykle pomocnej naszej wyprawie Pani Anny Kudarewskiej). W Angoli właśnie trwają wakacje (od końca grudnia do końca stycznia), więc nie przeszkadzamy szkole i dzieciakom w obowiązkach edukacyjnych.

Huambo jawi nam się jako miasto opustoszałych budynków i elewacji nakrapianych dziurami po kulach i pociskach artyleryjskich. Kiedyś mieszkało w nim 2 miliony ludzi, a obecnie 25 procent tej liczby. Miasto, zwłaszcza pod koniec wojny, w 2001 i 2002 roku uległo bardzo poważnym zniszczeniom wojennym. Wiele budynków stoi opustoszałych. Wnętrza popalonych mieszkań straszą pozbawionymi szyb otworami okien. Wydaje się, że prawie wszystkie budynki komunalne są smętnymi reliktami wojennej pożogi. W samym centrum miasta, obok szkoły, w której śpimy, stoi wyglądająca na były budynek rządowy rudera. Obecnie bardziej przypomina ser szwajcarski w połączeniu z serem pleśniowym. Cała fasada budynku nosi liczne ślady po pociskach, a wewnątrz zburzonych ścian rosną mchy, trawy i paprocie. Na tyłach budynku od podwórka chłopaki grają w piłkę. Przyłączamy się. Radosne okrzyki na tle scenerii minionego wojennego kataklizmu.

Na bramie szkoły od strony ulicy wieszamy kolejną tabliczkę z nowakowego szlaku. Kierujemy się na wschód ku granicy z Kongiem. Pierwsze dwa etapy dzienne powinny pójść gładko. Chińczycy zbudowali nowiutką asfaltową drogę.
Tekst: Piotr Sudoł

Archiwum

14. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij13. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij12. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij11. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij10. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij9. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij8. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij7. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij6. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij5. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij4. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij3. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij2. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij1. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij

Kontakt

Spiritus Movens - Przemek Lewandowski - fluxoplazma@gmail.com
Biuro festiwalu - Gryfiński Dom Kultury - sekretariat@gdk.com.pl

Dołącz do nas Włóczykij na FB

Projektowanie stron internetowych - kostek.net