Włóczykij

Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij"

- Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 13

Dziś mija 406 dzień sztafety i nastąpiło przekazanie pałeczki kolejnym uczestnikom etapu 14. Podróżnicy aktualnie są na granicy angolsko-namibijskiej. Poniżej relacja z kilku ostatnich dni 13 etapu w Namibii.

SOBOTA - 4 GRUDNIA 2010
"Przed opuszczeniem bardzo dla nas gościnnego Tsumeb spotykamy się na śniadaniu z Wernerem, aby pomóc mu w sporządzeniu notatki o nas do lokalnej tsumebskiej gazety. Rozmowy obfitują w wiele ciekawych informacji o samej Namibii, o kopalni w Tsumeb, o wodach zarówno podziemnych jak i powierzchniowych, a także o Owambolandzie, w który lada moment mieliśmy wkroczyć. Z Wernerem żegnamy się tylko na chwilę, żeby się spakować i ponownie spotkać na sesję fotograficzną "in action". Jego zaangażowanie sugeruje, że będzie to zdecydowanie lepszy artykuł niż ten, który pojawił się w "Die Republiken".

Ostatecznie zostawiamy za sobą Tsumeb - ostatnią białą osadę w Afryce Południowo-Zachodniej i udajemy się nad jezioro Otjikoto, które jest jednym z trzech niewysychających akwenów wodnych w Namibii. A powstało najprawdopodobniej na skutek zawalenia się stropu jaskini i przypomina swoim wyglądem kamieniołom. Pozostałe dwa to oddalone od niego o 20 km jezioro Guinas oraz podziemne jezioro o powierzchni 2 hektarów w jaskini Dragon's Breath. Mieliśmy z Filipem chrapkę na 30-metrowy zjazd do wnętrza tejże jaskini, ale niestety właściciel ziemi, na której się ona znajduje, nie dysponuje odpowiednim sprzętem alpinistycznym.

Samo jezioro Otjikoto jest ważnym punktem historycznym. W 1915 roku wycofujące się wojska niemieckie zatopiły w jeziorze 10 armat oraz ponad 300 skrzynek amunicji. Część sprzętu została wydobyta z dna jeziora i umieszczona w muzeach w Tsumeb oraz Windhoek, natomiast reszta nadal spoczywa na ok. 55 metrach pod powierzchnią wody i stanowi jedyne w swoim rodzaju podwodne muzeum. Niestety zwiedzać mogą je tylko członkowie klubu nurkowego z Windhoek.

W czasach Nowaka w okolicy żyło mnóstwo dzikich zwierząt - lwy, likaony, hieny, a nad samym jeziorem spacerowały flamingi. Dzisiaj wszystko jest prywatną własnością, a przed wejściem rzecz jasna należy kupić bilet. Zamiast flamingów można podziwiać kozy i owce. Taka to teraz dzicz.

Mimo wszystko jest to ważne miejsce na trasie naszej podróży i postanowiliśmy umieścić tutaj jedną z Nowakowych tabliczek. Po krótkich rozmowach z właścicielem, wybraliśmy miejsce, którego nie da się przeoczyć udając się nad jezioro i własnoręcznie, każdy po jednej śrubce przymocowaliśmy ową tabliczkę. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować jej sponsorowi - panu Sławomirowi Miłaszewskiemu. Specjalne podziękowania składamy również na ręce pani Joanny Gips, która ów sponsoring dla naszego etapu pozyskała.

"Jeszcze gdzieś przede mną dwie farmy, a dalej już kraj murzyński, bezkresny, nędzarny i dużo trudnych, ciężkich nad wyraz dni tułaczych."

Nowak podróżował dalej przez ówczesny rezerwat, a dzisiaj już Park Narodowy Etosha. Niestety rowerami nie możemy wjechać na teren parku. Zabraniają tego przepisy. Poza tym w Parku Etosha nie jesteśmy górą piramidy pokarmowej. Dlatego też nasza dalsza droga prowadzi głównym asfaltem w głąb Owambolandu, a Nowakowe Namutoni zmuszeni będziemy odwiedzić dopiero, gdy przesiądziemy się z rowerów do samochodu.

Wraz ze zbliżającym się zmierzchem rozpoczynamy akcję "nocleg". Tym razem po opuszczeniu głównej drogi trafiamy na "farmę lwa". Właścicielami okazuje się małżeństwo na co dzień pracujące w Tsumeb, a podczas weekendu doglądające prac na farmie. Oczywiście już nie jesteśmy anonimowi, mówią, że dzisiaj machali do nas, kiedy nas mijali na drodze. Pierwsze lody przełamane, choć dla pracowników farmy nadal jesteśmy niczym UFO i przez baaaardzo długi czas przyglądają się jak to dziwni biali ludzie rozpakowują sakwy, rozstawiają namioty na trawie, gotują makaron itd. Pierwszy raz mamy okazję zobaczyć jak wygląda życie na murzyńskiej farmie. Prąd jest czasem, woda jest gdzieniegdzie, toaleta nie działa, ale za to kąpiel przy świeczce wprowadza miły nastrój.

Podczas wieczornych rozmów z państwem Gomachab po raz kolejny przekonujemy się, że w tym kraju wszyscy się znają. Pan Otis w młodości grywał w piłkę z Guntherem Hellinghousen, u którego mieliśmy okazję nocować tydzień wcześniej.

Spokój. Cisza. Rozgwieżdżone niebo. Tylko powoli czujemy, że nasza podróż zbliża się ku końcowi. Niestety."
[Kuba]

SOBOTA - 5 GRUDNIA 2010
"Idziemy na rekord! Wstaliśmy z postanowieniem, że to właśnie dziś przejedziemy sto kilometrów. Bo co tu innego robić, jeśli po drodze GPS oprócz jednej miejscowości pokazuje tylko wielkie nic. Przemierzamy więc owo wielkie nic, a tu niespodzianka: co chwilę coś.

Na początek przekraczamy tzw. Red Line, czyli granicę pomiędzy światem rozwiniętym i światem rozwijającym się lub, żeby opisać to dosadniej, między światem, gdzie się żyje i światem, gdzie żyć się próbuje. Na północy żyje ok. 70% namibijskiego społeczeństwa, a większość ziem jest wspólna, należy do różnych plemion, a rzadziej jest w rękach prywatnych. Obszar na południu natomiast jest w całości prywatny, ziemie są podzielone na farmy czasem osiągające rozmiary nawet 50 tys. hektarów. Red Line, to jednak przede wszystkim punkt kontroli bydła. Na południu zwierzęta są hodowane w sposób komercyjny, a więc na mięso, które później w dużej mierze jest eksportowane. Na północy natomiast nikt nie panuje nad tym, która krowa jest czyja i jakie jest jej przeznaczenie, więc należało ustanowić weterynaryjny punkt kontroli zwierząt, aby jakaś przypadkowa sztuka z północy nie została eksportowana na europejskie salony.

Nie wieźliśmy w sakwie żadnej krowy, więc ową granicę przekroczyliśmy bez żadnej kontroli. Dalsza droga poprzez nicość to nieustanna walka. Walka tak trudna i zażarta, że potrzeba było nie lada motywacji, aby licznik pokazał upragnione sto kilometrów. Kiedy żar leje się z nieba, pot spływa po policzkach, a przy drodze co dwa kilometry stoi budka z coca-colą, to tylko najbardziej zaprawieni w bojach podróżnicy są w stanie ową walkę z samym sobą wygrać i pedałować dalej i dalej, nie zwracając uwagi na nawoływania spragnionego orzeźwienia organizmu. Wygraliśmy!

Aby uczcić owo zwycięstwo, zatrzymujemy się w barze w celu zakupienia życiodajnego płynu. Chciałbym napisać, że bar był czwartej kategorii, ale nie, moi drodzy, tenże bar wychodzi poza wszelkie znane mi normy i standardy. Bar posiadał lodówkę, ale prądu niestety nie, więc życiodajny płyn był życiodajny tylko w przenośni. Ale nic to. Kiedy już dogadałem się w języku Owambo, czego ja tu tak naprawdę szukam, nagle wszystkie buteleczki zniknęły. Hmm... czy ja kupiłem po piwie wszystkim ludziom w tym barze, czy o co chodzi? Ale nagle pani łapie mnie za rękę i prowadzi w barowe kazamaty, aby się rozliczyć. No i się zaczęło. 15 minut machania łapkami i dziesięciu przekrzykujących się pomocników, próbujących ustalić, ile kosztują te butelczyny i ile mają mi wydać. Palcem po piasku doszliśmy do porozumienia, przynajmniej tak mi się wydawało. Nagle się okazało, że piwo jest dolara droższe, dopłacam więc, jednak pani zapomniała, że poprzednio już mi wydała resztę i tak w kółko. W końcu jednak z różnych stron, różne osoby wręczyły mi buteleczki i z upragnionym pakunkiem udaliśmy się w dalszą drogę na spotkanie gradobicia. Ulewa przyszła tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy wyciągnąć kurtek, więc z zachodzącym słońcem po lewej i tęczą po prawej przyszło nam pedałować w ulewnym deszczu szukając noclegu w przydrożnym buszu."
[Kuba]

SOBOTA - 6 GRUDNIA 20101
"To już prawdziwa Afryka! Skończyło się podróżowanie od jednej farmy do drugiej i rozważania, czy dziś będzie tylko prysznic, czy może trafimy na farmę z historią sięgającą trzech pokoleń wstecz i jeszcze oprócz prysznica będzie basen. Czy może na śniadanko będzie dżemik figowy czy z kumkwat, świeże pieczywo czy może muesli z owocami. Co by nie mówić, od czasu do czasu Namibia nas rozpieszczała, ludzie witali nas z otwartymi ramionami, bo każda nowa twarz, każdy człowiek, z którym można porozmawiać przy kawie, to skarb. Dawali nam schronienie, częstowali lokalnym jedzeniem, pokazywali swoje farmy, drzewa genealogiczne, opowiadali historie rodziny, z zapałem słuchali naszych opowieści o Nowaku, pomagali szukać najstarszych ludzi w okolicy mogących go pamiętać, krótko mówiąc, po ciężkich godzinach spędzanych w słońcu, mogliśmy liczyć w naszym mniemaniu na raj, taki sam raj, jakiego 76 lat wcześniej doświadczał Kazik:
"Rano obudziłem się w raju, taki prawdziwy raj. Murzyn przyniósł dużą wanienkę, naniósł wodę, przyniósł kawę, a potem kąpiel. Raj! - Och Maryś! Jaki ja już byłem brudny - jaki strasznie brudny - już tyle tygodni podróży konnej - parę razy zaledwie w łóżku, resztę na ziemi - w pyle i brudzie."
Oczywiście nadal spotykamy na swojej drodze życzliwych ludzi, bo przecież, nie oszukujmy się, jesteśmy ewenementem w tej okolicy, więc jeśli ktoś już otrząśnie się po szoku spowodowanym widokiem białego na rowerze, często chce nam pomóc, ale mimo wszystko to już zupełnie inny świat.

"Gdybym dłuższy czas nie dawał znaku życia - nie myśl źle - jestem w najgłupszym kącie Afryki, a każdą okazję wykorzystam aby Ci donieść o mych przeżyciach."

- Viva Swapo! - krzyczą 5-letnie dzieci, które mijamy przy drodze. SWAPO to partia rządząca w Namibii, jak widać od wczesnych lat dzieciaki są uczone w "jedyny właściwy sposób".

Przemierzamy kolejne kilometry płaskiego jak stół Owambolandu. Droga prowadzi prosto do Oshikango, a więc głównego przejścia granicznego z Angolą i ruch jest tutaj dość spory, busy wożące ludzi od i na granicę oraz ciężarówki opętał dziś jakiś Owambodiabeł. Jedzie się strasznie - kierowcy mijają nas zdecydowanie za szybko i zbyt blisko.

Robimy sobie przerwę w przydrożnym barze na kurczaka z frytkami i w międzyczasie przeczekujemy koszmarną burzę. Siedzimy sobie... Nic się nie dzieje... Na ganku, pod blachą falistą... Deszcz zagłusza rozmowy... Siedzimy sobie... Nic się nie dzieje... Aż do znudzenia.

Powoli zbliżamy się do miejscowości Ondangwa. Im dalej na północ, tym więcej ludzi, tym więcej przydrożnych barów, w samej Ondangwie mieści się ponad 6000 małych przydrożnych sklepików! A wszędzie ludzie. Pewien pastor, którego poznałem w autobusie z Johannesburga do Windhoek, powiedział jedno bardzo ważne i trafiające teraz do naszej świadomości zdanie: "Always be aware you're in Africa". Wiele osób wcześniej próbowało nam wyjaśnić jak to jest na północy, na co mamy uważać, czego się wystrzegać, ale to nadal pozostaje najcenniejsza rada, jaką otrzymaliśmy - bądźcie świadomi, tylko tyle, albo aż tyle. W odróżnieniu od czasów podróży Nowaka głównym zagrożeniem kraju lwa nie są lwy, a ludzie.

Zatrzymujemy się przed Ondangwą. Szutrowa droga okazuje się być asfaltową, więc postanawiamy nie rozbijać się "w buszu", głównie dlatego, że go po prostu nie ma, ale również dlatego, że to nie do końca bezpieczne. Szczęście się do nas uśmiechnęło. Pierwszy dom, do którego podjechaliśmy, należy do dyrektorki lokalnej szkoły, mimo naszych sprzeciwów, pani nalegała, żebyśmy przenocowali w domu, a nie w namiocie. Tak więc po przestawieniu dwóch choinek (to już prawie święta!) i paru innych przeszkód rozlokowaliśmy się w pokoju, nazwijmy go, gościnnym. W Namibii zbliża się lato, a więc i wakacje, do pani dyrektor przyjechały już w odwiedziny dzieciaki z rodziny, mamy więc okazję poznać całkiem liczną gromadkę szkrabów i nie tylko. Mała Michelle zasypia na rękach Magdy, córka pani dyrektor przygotowuje dla nas kąpiel, a więc dwie miski - jedną z ciepłą, drugą z zimną wodą, starszy syn dyskutuje z Filipem, a sama pani dyrektor przyrządza kolację - w papce kukurydzianej chrzęści piasek, ale polewana rybnym sosem i tak znika z talerzy. Po kolacji cała rodzina idzie spać, zostajemy tylko my, nastrojowa naftowa lampa i nietoperz zataczający w poszukiwaniu wyjścia kręgi po pokoju. Zasypiamy w prawdziwie afrykańskim domu."
[Kuba]

SOBOTA - 7 GRUDNIA 20101
"Ciężki poranek. Grawitacja zdecydowanie nie jest dziś po naszej stronie, o czym świadczy chociażby fakt, że z wychodzącą wcześnie rano do pracy panią dyrektor zdążyła pożegnać się tylko Magda.

W drodze do Ondangwy przejeżdżamy blokadę policyjną, pan macha do nas, że możemy jechać, więc się nawet nie zatrzymujemy. Kątem oka dostrzegam jednak, że z boku ktoś trochę żywiej macha łapkami, no ale cóż, pojechaliśmy. Za 2 km jednak pojawia się radiowóz i panowie policjanci informują nas, że łapkami machała pani wyżej postawiona rangą i że mieliśmy się zatrzymać. Zawracamy więc i w eskorcie radiowozu dojeżdżamy z powrotem na wspomnianą blokadę. Rozmowy właściwie nie trwają długo, głównie chodzi o brak kasków na naszych głowach, które podobno są w Namibii wymagane. Kolejne martwe prawo, bo do tej pory nie widzieliśmy ani nikogo w kasku ani choćby miejsca gdzie takowy można nabyć. Mimo to pan policjant bardzo ładnie gestykuluje pokazując jak to możemy sobie rozbić głowę o przydrożny kamień. Sprawę rozwiązuje pokazany przez nas artykuł w "Die Republikein", w tym momencie stajemy się już personami z mediów i policja życzy nam szerokiej drogi z nadzieją, że nie spowodowała znacznego opóźnienia w naszej podróży.

Nie spowodowała, czasu do zakończenia etapu mamy aż nadto, o czym przekonamy się wieczorem... A na razie mamy uatrakcyjnione przedpołudnie i nieco świeżego materiału wideo strzelonego ukrytą kamerą.

Przez główną część Ondangwy, w której znajduje się chyba 5998 sklepików, o których wcześniej wspominałem, przejeżdżamy bardzo szybko, bo tłumy ludzi i samochodów nie zachęcają do postoju. W ramach ciekawostek w pewnym momencie zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu. Pan kierowca z sąsiedniego auta pyta, skąd jesteśmy.
- Z Polski.
- From Poland? Cześć, jak się masz?
Miły akcent - niestety zmieniły się światła i nie dane nam było dowiedzieć się nic więcej o mówiącym mową Mickiewicza Namibijczyku.

Robimy sobie przerwę na lotnisku w Ondangwie, z jednej strony, żeby Filip w spokoju mógł się wyspowiadać w Radio Szczecin, a z drugiej, żebyśmy mogli rozeznać rynek wypożyczalni samochodów. W końcu niedługo już porzucimy nasze wierne Brennabory i tym samym zostaniemy pozbawieni naszego ulubionego środka transportu i będziemy musieli przesiąść się na samochody.

Po opuszczeniu Ondangwy udajemy się w kierunku Oshakati, jeszcze większego skupiska ludzkiego kraju Owambo. Kiedy wjeżdżamy do miasta po raz kolejny tego dnia zatrzymuje nas policja. W myślach już prowadzimy rozmowę o kaskach, a tymczasem radiowóz zatrzymuje się z innego powodu. Otóż panowie martwią się o nasze bezpieczeństwo w okolicy. Mówią, że tutaj jest mnóstwo przestępstw, że mamy uważać, że każdy może nas zaczepić, żebyśmy poruszali się w grupie, nie rozmawiali z nieznajomymi i tak dalej, na koniec rozmowy dają nam swój numer telefonu, gdyby coś się działo. Ruszamy dalej i jedzie się jakby przyjemniej, nikt nas nie wyprzedza na trzeciego, nie śmiga 30 cm od kierownicy, podmuchy ciężarówek już nie rzucają rowerami. Obracamy się, a tam radiowóz na sygnale jedzie za nami blokując jeden pas ruchu. Można by rzec, że mamy honorowy przejazd przez miasto pod eskortą policji. Miło z ich strony.

Celem naszej dzisiejszej podróży była misja katolicka w Okatanie. Misja, którą odwiedził również Nowak, przyjeżdżamy tutaj z zamierzeniem spędzenia dwóch dni, bo do granicy już blisko, a czasu pod dostatkiem, chcemy powiesić Nowakową tabliczkę, bo to bardzo duży ośrodek i znany w okolicy. W misji spotykamy dwóch księży, jednego z Kongo, który jest tu od niedawna, oraz niemieckiego księdza starej daty, który raczy nas szczątkami polskiej mowy. Niestety kwestiami noclegów w misji zajmują się siostry, aby księża mogli skupić się na swojej pracy. Słońce chyli się ku zachodowi i nadchodzi burza, z jednej strony rozmowy z księdzem się przedłużają, a z drugiej siostra pozostaje nieugięta w kwestii ceny. Na początek rzuca zaporową dla nas kwotę 200 dolarów namibijskich od osoby. Historii naszej podróży zdaje się nie słyszeć, Nowak jej nie interesuje ani trochę. 200 dolarów. To może dwa łóżka i dwie karimaty? 200 dolarów. To może namiot? 200 dolarów. Siostra zdecydowanie nie wie, co to negocjacje. I tym sposobem wyjeżdżamy z misji nie mając celu. Jedziemy w ciemność rozjaśnianą błyskawicami, aż w końcu rozbijamy się pośrodku niczego, ale czy na pewno? O tym przekonamy się rano.

Tymczasem trwają długie rozmowy, co zrobić z jednym dniem, który mieliśmy spędzić w misji. Może zawody? Kto na głównej ulicy w Oshakati przejdzie z aparatem na szyi większy dystans? Albo może jednak nie."
[Kuba]

Archiwum

14. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij13. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij12. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij11. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij10. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij9. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij8. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij7. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij6. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij5. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij4. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij3. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij2. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij1. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij

Kontakt

Spiritus Movens - Przemek Lewandowski - fluxoplazma@gmail.com
Biuro festiwalu - Gryfiński Dom Kultury - sekretariat@gdk.com.pl

Dołącz do nas Włóczykij na FB

Projektowanie stron internetowych - kostek.net