Włóczykij

Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij"

- Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 9

Etap 10 sztafety śladami Kazimierza Nowaka przez RPA trwa. Zapraszamy do przeczytania relacji autorstwa Piotra Strzeżysza z ostatniego odcinka etapu 9: Zimbabwe-RPA

Dzień 294 sztafety, 24 sierpnia 2010 rok
"Późnym popołudniem ruszyliśmy w stronę Mokopane. Droga biegła po pagórkowatym terenie i strome podjazdy dały nam trochę w kość. Do samego miasta nie udało się nam dojechać, nocowaliśmy w bardzo komfortowych warunkach w przydrożnym zajeździe za równowartość około 10 złotych za osobę. Prosiliśmy o możliwość rozbicia namiotu, aby wyszło taniej, ale właścicielka zaproponowała tak niską cenę za drewniany domek i wygodne łóżka, że zgodziliśmy się na jej propozycję bez wahania. Dwaj ochotnicy skoczyli jeszcze do miasta po browar, a ja z Ewą przygotowaliśmy w tym czasie kolację - makaron z sosem, a właściwie sos z makaronem.

Pomimo krótkiego snu wstaliśmy bardzo wcześnie i rankiem sprawnie dojechaliśmy do Mokopane. Dalsza droga za miastem była wyjątkowo przyjemna. Warunki do jazdy rowerem były wręcz wymarzone - płaski teren, bardzo dobra nawierzchnia i mocny wiatr w plecy sprawiły, że właściwie bez wysiłku przejechaliśmy ponad sto kilometrów. Wieczorem dojechaliśmy do Nylstrom z zamiarem zanocowania gdzieś na obrzeżach miasta. Na ostatnim robocie (tak tutaj mówi się na sygnalizację świetlną) skręciliśmy w prawo w stronę zachęcająco wyglądającego osiedla jednorodzinnych domków. Na pewno znajdziemy tu jakiś przyjemny rów do spania, a kto wie, może nawet skoszoną trawę - pomyślałem. Kiedy w zapadającym zmroku przemykaliśmy między otoczonymi murami i kolczastymi drutami rezydencjami, zatrzymał się obok nas szary mercedes, z którego okna wychyliła się starsza kobieta.

- Zgubiliście się? Kogo szukacie? - zapytała.

Wytłumaczyłem skąd jesteśmy i co robimy i że szukamy bezpiecznego miejsca na dziki camping.

- Chcecie spać na ulicy? - wyraźnie mój przekaz nie pasował do naszego ogólnego image - wypasione rowery, kolorowe koszulki, no ale przede wszystkim, to, co powiedziałem, zupełnie nie przystawało do naszego koloru skóry. Biały ma nocować w rowie? Eee, przepraszam, chyba zaszła tu jakaś pomyłka.

- To jakiego adresu szukacie? - kobieta dalej swoje. Po kolejnych tłumaczeniach wreszcie do niej dotarło, że choć nie przypominamy Marsjan, to jednak jesteśmy z innej planety i w wozach, które ciągniemy, mamy cały dobytek, no i chcielibyśmy gdzieś się z naszym taborem przenocować.

- Nie, nie możecie tutaj nocować, okolica jest niebezpieczna, pojedziecie ze mną. Jeśli się nie boicie i mi ufacie, możecie przenocować u mnie - odwracam się do reszty, ale miny ich mówią same za siebie. Jedziemy do Burów. Dom, a raczej rezydencja, do jakiej dojechaliśmy w ciemnościach, okazał się ogromną posiadłością z pięcioma sypialniami, basenem, wielkim ogrodem z wysokimi na kilkanaście metrów palmami i pokojami przestronnymi jak sale w Zamku Królewskim. Naprawdę można się w nim było zgubić. Gospodyni, Charlie, zaproponowała, że zamówi nam pizzę, ale uparliśmy się, że odgrzejemy sobie makaron i fasolę. Kobietę bardzo zainteresowała historia Nowaka i obiecała, że załatwi nam rankiem kogoś z prasy. Kończyliśmy wciągać posiłek, kiedy do domu wrócił mąż. Postawny mężczyzna, Johann, wyglądał jakby zobaczył duchy. I rzeczywiście, kiedy żona tłumaczyła mu przez telefon, że z ulicy zabrała do domu czworo Polaków na rowerach, którzy przyjechali z Zimbabwe i chcieli spać w jakimś rowie, to wziął to za dobry dowcip. Po powrocie do domu zastał jednak cztery prawdziwe postacie. Wszedł do kuchni, spojrzał na nasze niedokończone porcje z fasolą i pokazując na talerze, zjeb...ł głośno żonę, że nie dała nam "normalnego" posiłku.

- Ale oni nic nie chcieli! Proponowałam pizzę! Chcieli swój makaron i fasolę! - próbowała się bronić Charlie.

- Jaką pizzę! O kur...a! Mięsa im trzeba było dać, cała lodówka i spiżarnia pełna! - zagotował się ze złości wąsaty Bur. - I do picia nic nie dostali! Co oni piją? Czekoladę?! Ja pierd...lę! Kobieto! Co oni sobie o nas pomyślą?! Chcecie piwo, wino czy coś innego? - tym ostatnim zdaniem zwrócił się już do nas.

Swój człowiek, pomyślałem. Za moment stół zapełnił się najprzeróżniejszymi trunkami i masą różnych dodatków. Johann, gospodarz, okazał się być dentystą i zapalonym myśliwym. Uparł się, że musimy pojechać razem z nim do jego gabinetu, aby obejrzeć gromadzone przez dziesięciolecia trofea.

- W domu ich nie trzymam, żona mnie nie rozumie - dodał, na co skwapliwie pokiwaliśmy głowami. - Wiadomo, kobieta! - dorzucił z westchnieniem. - Ale ta wasza to ma jaja, żeby tak z wami jeździć. Trzeba mieć jaja, nie?! - rzucił w stronę Ewy - Oj, lubię takie kobiety... - Johann rozmarzył się na chwilę. - Ale co tam, nie ma co gadać, wypijemy i jedziemy.

Kolekcja wypchanych głów, skór i innych zwierzęcych części rzeczywiście była imponująca. A to wszystko w fantastycznym, ze smakiem urządzonym gabinecie. Bardzo przytulnym, z ogromną ilością najprzeróżniejszych durnostojek i przydasi, począwszy od zabytkowego fotela, poprzez rachityczne narzędzia, zdjęcia, ryciny i postacie, a skończywszy na gramofonie, pamiętającym jeszcze czasy wędrówki Burów.

Po powrocie do domu zaczęła się posiadówka w pokoju tak wielkim, że biło echo. Skosztowaliśmy przeróżnych afrykańskich trunków, aż w końcu przestaliśmy odróżniać smaki. Po wschodzie słońca, trochę zmęczeni, powitaliśmy nowy dzień.

Rankiem rzeczywiście przyszła dziennikarka, udzieliliśmy wywiadu i opowiedzieliśmy o Nowaku i projekcie. Materiał będzie opublikowany w następny piątek, czyli będzie to już trzeci artykuł w przeciągu ostatnich trzech tygodni. Z pełnymi brzuchami, pełni wdzięczności dla gościnnych Burów ruszyliśmy na południe.

Dzień 295-298, 25-28 sierpnia 2010
Wyjeżdżając rankiem z Nylstrom nie wiedzieliśmy jeszcze, że podobny wieczór czeka nas kolejnego dnia. Od Pretorii dzieliło nas około 140 km, ale w ambasadzie RP mieliśmy być dopiero w piątek, tak więc postanowiliśmy nie dojeżdżać do miasta we czwartek, tylko zanocować gdzieś na jego obrzeżach. Około trzydzieści kilometrów na północ od Pretorii skręciliśmy w boczną szutrową drogę, przejechaliśmy tory kolejowe i za moment dojechaliśmy do barykady, czyli podłączonego do prądu płotu z kolczastego drutu, ogradzającego farmę Burów. Wybrałem się na ochotnika przez bramę, aby załatwić nocleg. Najpierw dopadły mnie dwa psy, ale wyglądały na mocno zdziwione i po dwóch głośnych szczekach i trzech prychnięciach zaczęły mnie ostrożnie obwąchiwać. Z pobliskiego domu podeszła pani Burowa, trochę tłumaczenia i za moment wszyscy raźnie zmierzaliśmy w stronę małego domku, który jakby był już przygotowany na nasz przyjazd. Po raz kolejny zostaliśmy niezmiernie szczodrze obdarzeni wszelkimi wygodami, o jakich podróżujący bez większej gotówki mogą sobie tylko pomarzyć. W swojej gościnności Burowie są wprost wylewni.

Wieczorem dojechał jeszcze syn gospodarzy, Peter, ogromnej postury mężczyzna, były gracz w rugby i zagorzały farmer. Spędziliśmy razem bardzo miły wieczór, a wszyscy zachowywali się tak, jakbyśmy znali się od lat...

- Nie wyobrażam sobie życia w mieście, udusiłbym się tam, tutaj jest mój dom - mówił, zataczając ręką obszerny łuk. Po raz kolejny spróbowaliśmy lokalnych specjałów burskiej kuchni i po raz kolejny zapewniano nas, że goszczenie rowerzystów z Polski w domu to przywilej dla nich i wielki honor. Trudno powiedzieć, czym zasłużyliśmy sobie na takie przyjęcie, bo znów było ono iście królewskie. Kiedy rankiem żegnaliśmy się z gospodarzami, czuliśmy się prawie jak członkowie rodziny. Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej. Ale wspomnienia burskiej gościnności zostaną w nas chyba do końca życia.

Po południu, z lekkim opóźnieniem, dotarliśmy do ambasady polskiej w Pretorii. Spotkanie w polskiej placówce pomógł nam zorganizować Andrzej Morstin, drugi sekretarz do spraw politycznych, którego spotkaliśmy w Polokwane na meczu RPA-Polska. Na terenie ambasady zostaliśmy bardzo serdecznie powitani przez kierownika wydziału konsularnego, pana Marka Kolańskiego, jak również przez kilkuosobową grupę pracowników niższego szczebla. Przy poczęstunku i kawie przybliżyliśmy postać Kazimierza Nowaka, opowiedzieliśmy o jego podróży przez Afrykę, jak również o projekcie Afryka Nowaka i o naszym w nim udziale. Było to bardzo miłe i wzruszające spotkanie, za które raz jeszcze poprzez internetowe medium chcielibyśmy podziękować.

Po spotkaniu w ambasadzie Andrzej pojechał z nami na rowerze do polskiej parafii przy Kościele Niepokalanego Poczęcia, gdzie z pomocą księdza Bogdana Wilkańca znaleźliśmy miejsce na kolejną tabliczkę, upamiętniającą podróż polskiego podróżnika. Ceglana ściana przy wejściu do kościoła wydała nam się najodpowiedniejszym miejscem, bardzo dobrze widocznym i rzucającym się w oczy.

Wieczór tego obfitującego w wydarzenia dnia spędziliśmy w domu Andrzeja, razem z jego żoną Zosią i trójką dzieci. W naprawdę wspaniałej, sympatycznej, dosłownie domowej atmosferze zjedliśmy razem kolację, przy której wymienialiśmy się afrykańskimi doświadczeniami. Jakże mizernymi z naszej strony, bo raptem kilkutygodniowymi, w porównaniu z czteroletnim pobytem Andrzeja i jego rodziny w RPA... Chcieliśmy raz jeszcze bardzo im podziękować za gościnność, za wyrozumiałość i pomoc, jaką nam okazali. Andrzeju i Zosiu, dzięki Wam ostatnie dni były dla nas takie, że prawie czuliśmy się, jakbyśmy już byli w domu.

Nasz pobyt w Afryce dobiega końca. Jutro dojeżdżamy do Johannesburga, gdzie czeka już na nas kolejna ekipa. Dziękujemy wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki i myśleli o nas podczas tej podróży, za znajomych i przyjaciół, za wszystkich, których znamy i których nie znamy. My też myśleliśmy o Was i choć z żalem opuszczamy Afrykę, to bardzo się cieszymy, że wkrótce się z Wami spotkamy.

A do Afryki jeszcze wrócimy. Nie zjadły nad żadne pluskwy, nie dopadła nas malaria i wszystko wskazuje na to, że raczej nie przywieziemy do Polski żadnego zarazka. Poza tym jednym, który i tak już mamy. Prawdziwa zaraza, choroba nieuleczalna. Uzależnienie od przestrzeni, od poznawania świata, od życia na walizkach, od PODRÓŻY. A więc. Wypijmy za powroty! I do zobaczenia w Polsce!

Wyniki Włóczykij Trip Extreme Zamów karnet Zamw bilet jednodniowy Zamów bilet na Bal Włóczykija (polsko - ukraiskie spotkanie integracyjne) Zamów bilet na Bal Włóczykija (polsko - ukraiskie spotkanie integracyjne) - z karnetem Zamów bilet na koncert Sneaky Jesus Zamów bilet na koncert Sneaky Jesus (z karnetem) Zamów bilet na wycieczke do Myliborza Zamów bilet na wycieczke do Myliborza (z karnetem)

Archiwum

15. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij14. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij13. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij12. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij11. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij10. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij9. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij8. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij7. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij6. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij5. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij4. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij3. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij2. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij1. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij

Kontakt

Spiritus Movens - Przemek Lewandowski - fluxoplazma@gmail.com
Biuro festiwalu - Gryfiński Dom Kultury - sekretariat@gdk.com.pl

Dołącz do nas Włóczykij na FB

Projektowanie stron internetowych - kostek.net