Włóczykij

Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij"

- Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 3

Dziś mija 84 dzień wyprawy "Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka". Uczestnicy są już w Egipcie. O to co na stronie relacji on-line z wyprawy o kilku ostatnich dni pisał Piotr Tomza.

24 stycznia 2010, niedziela po południu, dzień 16 (81 dzień sztafety) - Beni Suew, Maleknet (punkt z internetem prowadzony przez Ahmeda) - opis 80 i 81 dnia sztefety:
"Od czwartkowego wieczoru, kiedy to wróciliśmy do Kairu z nad Kanału Sueskiego wydarzyło się sporo, a nawet naprawdę sporo, włącznie z tym, że np. wróciliśmy do Kairu raz jeszcze i to niezupełnie dlatego, że chcieliśmy. W skrócie i po kolei zarazem:
1. W piątek rano o 10 zamontowaliśmy tabliczkę na pięknie, w zielonym otoczeniu położonym budynku zawsze życzliwej nam polskiej ambasady w Kairze. Był ambasador Piotr Puchta, konsul Krzysztof Smyk, no i my w składzie powiększonym do 6 osób, bowiem właśnie przyłączył się do nas Sebastian. Tabliczka upamiętniająca Kazimierza Nowaka, mimo przeszkód i wybojów, znalazła więc godne miejsce. Tak się sprawy mają. Czy mogło być lepiej?

2. Mogło, gdybyśmy tabliczkę umieścili na którejś z piramid, bo faktycznie ludzi przewala się tam najwięcej. Ale i tak było nieźle, nawet bez montowania niczego na Sfinksie czy obok. Powtórzyliśmy kadry, jakie wybrał Nowak, wzięliśmy kilka własnych, ja chwilę podładowałem się energią z kosmosu i tak minęło nam popołudnie. No dobra - robią wrażenie te piramidy jak diabli, tyle że ciężko się pozachwycać, gdy hałas i ruch są jak na skrzyżowaniu.

3. Pożegnanie z Teofilem. Jeszcze się zobaczymy, po naszym powrocie do Kairu, ale tymczasem piątym uczestnikiem egipskiego etapu jest Sebastian. Dzięki, Teo! Bez Twojej znajomości arabskiego i bazy na Dokki bylibyśmy pewnie nie raz w ciemnej d.
4. Policja obrzydliwie nas oszukała (a my się daliśmy), a radiowóz rozjechał moją przyczepkę. W takiej kolejności. Prawdziwy hardkor, awantura, chaos. Było tak: ruszyliśmy na południe, kierując się do Sakkary (dodatkowa porcja piramid). Gdy zaczęło się ściemniać, policja (dołączyli tak jakoś do nas na trasie) poleciła nam zawrócić, że jakoby 5 km wstecz jest hotel, za którym będziemy mogli nieodpłatnie rozbić namiot. Uwierzyliśmy, a nie powinniśmy. Z 5 km zrobiło się co najmniej 15, co oznaczało, że wróciliśmy do rogatek Kairu. W dodatku na całej długości drogi wlókł się za nami radiowóz, niekoniecznie zachowując należyty odstęp, co skończyło się, jak się skończyło. A ile zabrało grubasowi zanim mnie przeprosił? Chcąc, nie chcąc, wróciliśmy do Kairu, bo mój sprzęt nadawał się do wymiany (ale tak się układają rzeczy - przypadki: piątek był pierwszym dniem, w którym dysponowaliśmy rezerwową przyczepką - tą, którą miał ze sobą Teofil, a on przecież właśnie zakończył swój udział w sztafecie; Sebastian jedzie na własnym sprzęcie).

5. Nocleg u Sebastiana, też na Dokki, może z 10 min piechotą od Teofila. Tyle przejechaliśmy w piątek. A na liczniku ponad 70 km.
6. W sobotę rano (ja już z nowym kółkiem, podziękowania jak zwykle dla Pawła) ponawiamy próbę przedarcia się gdzieś dalej na południe. Policji nie widać, jest dobrze, za to między nami atmosfera bywa jak podminowana. Trochę kluczymy, krążymy, ale gdy już trafiamy, gdzie trzeba, plan zrealizowany zostaje jak należy. Co bowiem ma miejsce?
7. CYCLING IN MEMPHIS! Mimo wyraźnych sprzeciwów policji (od wczoraj wiemy aż za dobrze, że lepiej jest ich nie słuchać), wprowadzamy rower na obiekty niewielkiego muzeum na otwartym powietrzu w miejscowości Mit Rahina. Tyle zostało z tego, czym kiedyś było potężne Memphis. Alabastrowy Sfinks, przy którym to właśnie "odstawiam" Nowaka z rowerem, a także trochę posągów, w tym głównie Ramzesa II. Jeden z nich ogromnych rozmiarów i trzeba przyznać, że chłop (choć od pasa, a nawet brzucha, w dół ma deficyt siebie) był przystojny.

8. Ognisko i nocleg pod palmą. Kto by pomyślał? Dzień wcześniej policjanci kazali nam wracać, tłumacząc to, że jest tu niebezpiecznie, wczoraj zaś udaje nam się rozbić namiot na kawałku ugoru na polach nawadnianych przez prowadzące od Nilu kanały nawadniające (zielono dookoła, taki mamy krajobraz). Jak jest z niebezpieczeństwem, trudno powiedzieć, my w każdym razie zostajemy przyjęci bardzo miło. Chłopaki z wioski przychodzą z herbatą, mają też solidne zapasy suchych liści palmy na opał, siedzimy sobie, zajadamy ziemniaki z ogniska (ryż zrobiony przez Magdę też pierwsza klasa), Piotrek R., popularny "Roman", przynosi gitarę (akceptacja ze strony grupy lokalnej umiarkowana, początkowo bowiem robią konkurencję hitami z telefonów, z czasem jednak dają się przekonać i nawet nagrywają coś na pamiątkę), jest chłodno.
9. Przed posiłkiem jeszcze idziemy z Romanem do najbliższej wioski, kupić właśnie coś do jedzenia. Anonimowo, bo jest już ciemno, a my w dodatku nie mamy rowerów, które zazwyczaj - nie oszukujmy się - utrudniają trochę "normalny" kontakt z ludźmi, bowiem przede wszystkim wzbudzają sensacją. Zresztą trudno się temu dziwić - poza wszystkim każdy z nich ma 3 koła. No ale - tym razem idziemy na lekko i wreszcie możemy podglądać z bliska. Jest nieźle. Wioska okazuje się małym miasteczkiem, pełnym sklepów, warsztatów, zaułków. Ludzie wracają z pól ze swoimi wołkami (przez chwilę stoimy razem z nimi w żywym korku), siedzą sobie, odpoczywają. Poruszanie po mieście ułatwia nam chłopak, który wszakże jako stały mieszkaniec atmosferą miasta zachwycony jest znacznie mniej od nas. Ćwiczy przy nas angielski, a za dwa tygodnie zaczyna naukę rosyjskiego. Krótka piłka - jego brat już tam jest. W Szarm.

To w skrócie te dwa dni, które może i nie wstrząsnęły światem, ale miały momenty, gdy zachwiał się co najmniej jeden (mój) rower. Sporo pominąłem.

A dziś? Jedziemy. Cel na ten dzień: Beni Suef. Tu też zatrzymał się Kazimierz Nowak, choć poza tym nie ma tam zdaje się nic szczególnego. Zobaczymy. Niestety może być ciężko ze śledzeniem pozycji, na dzień dobry mamy wszak awarie GPS-u.

Pierwszy raz na naszej trasie dostajemy aż tak silny wiatr z naprzeciwka, co bardzo utrudnia pedałowanie (a do przejechania ponad 80 km), pierwszy raz zostajemy też aż tak karczemnie oszukani przez panią prowadzącą przydrożny lokal z jedzeniem.

A meta?

Od jakichś 40 km przed miastem dostajemy hałaśliwą eskortę policji (włączają "koguta", kiedy trzeba, a częściej, kiedy nie trzeba). Na rogatkach proponują nam nocleg przy drodze, my jednak chcemy zobaczyć też centrum. Okazuje się że przy skrzyżowaniu stoi samolot, tuż obok zaś jest uniwersytet.

Zajeżdżamy do Maleknetu. Siedzimy. Paweł czyta mejle, Magda zajada Koszeri z Ahmedem, ja piszę. Roman z Sebastianem poszli poszukać noclegu. Ściemnia się."




26 stycznia 2010, wtorek rano, dzień 18 (83 dzień sztafety) - Minja, Hotel Majestic - opis 82 i 83 dnia sztefety:
"Nazwa hotelu jest rzeczywiście niezła. Spaliśmy w nim dzisiaj dlatego, że przejechaliśmy wczoraj aż ponad 130 km z Beni Suef do Minja właśnie, niestety na całym dystansie w asyście mniej lub bardziej rozsądnie zachowującej się policji (na jednym z odcinków radiowóz jechał przed nami nie więcej niż 20 m, co sprawiało, że jedyny widok, jakim mogłem martwić swoje oczy, składał się z tylnej części pickupa, dużego napisu Chevrolet oraz dwóch facetów w zielonych swetrach z bronią palną na kolanach). No trudno.

Za to po bokach krajobraz doliny Nilu całkiem już różnorodny, przede wszystkim pod względem mnogości rozwiązań dla tzw. substancji mieszkaniowej. Zdarzają się oto bowiem zarówno budynki w stylu prawie że afrykańskim, polepione wydaje się byle jak, obok prostych i bardziej skomplikowanych, jedno lub dwupiętrowych domów dostosowanych do tutejszego klimatu - nazwijmy je, że normalnych, lecz jest też zabudowa bloczkowa, otynkowana albo i niekoniecznie. Bloczki te właśnie pobudowane równiutko wzdłuż drogi, którą jedziemy, sprawiają, że niby mija się wioski położone w pobliżu miast takich jak Maghagha, Beni Mazar czy Samalut, a jest trochę jak w Radomiu, względnie w którymś z pozostałych miast polskiego matecznika rusznikarstwa, jak np. w Skarżysku-Kamiennej. Mimo wszystko ciekawe doświadczenie.

Oprócz zabudowy, wzdłuż drogi ciągną się zielone pola, nawadniane równie intensywnie jak kilka tysięcy lat temu kanałami irygacyjnymi odprowadzanymi od Nilu. Zielona dolina jest tak szeroka, że momentami widać z szosy pustynię wyznaczającą jej granice, a jednak daje radę tu ludność produkować żywności naprawdę sporo. Do tego gaje palmowe, gęstwina rzeczna przy szerszych kanale i gdy dodamy do tego np. zachód słońca, robi się naprawdę malowniczo.

To tyle może w kąciku poetyckim, a teraz krótko, co się od wczoraj zdarzyło. Chwilę po tym, jak skończyłem pisać, wrócił Roman z dobrą nowiną, że wraz z Sebastianem po długich poszukiwaniach znaleźli w Beni Suef nocleg po drugiej stronie Nilu, w centrum koptyjskim. Jedziemy. Tak się składa, że ja akurat na rowerze Magdy, więc trochę uderzam się w szczękę kolanami, ale gorzej i tak ma Paweł, którego na szybkości potrąca samochód. Normalna sprawa, wstajemy, czas goni.

Centrum koptyjskie to miejsce złożone z kościoła koptyjskiego, domu pielgrzyma koptyjskiego oraz jadalni (są też oczywiście i inne rozwiązania infrastrukturalne - ogólnie pierwsza klasa). Jadalnia dla nas ma znaczenie wiodące. Łapczywie pochłaniam makaron z pomidorami i trochę zbyt słonym (ale nie czas na niuanse) kozim serem. Przypomina mi się Piotr Milaniak. Podczas III Spotkań Podróżników i Eksplorerów w Krakowie opowiadał o jednej ze swoich rowerowych wypraw (Azja, Ameryka Południowa), cały czas wrzucając jakieś dygresje o jedzeniu. Że tu jadł to, tam tak smakowało tamto. Myślałem sobie - obsesjonat. Wczoraj zmieniłem zdanie.

Poza wszystkim zaś ośrodek koptyjski i możliwość kontaktu z otoczeniem innym niż muzułmańskie, to zawsze miła odmiana - wreszcie są tu ludzie, którzy przedstawiają się jako Michael czy Carlos. Niby nic takiego, ale gdy przez ponad 2 tygodnie non stop skupiasz się, by nie pomylić kolejnego Mohammeda z Ahmedem lub jego kumplem Mahmudem (np. w Kantarze poznany przez nas człowiek, z którym gdzieś koło północy piliśmy sobie herbatę, tak właśnie nazwał swoich trzech synów; Lech, Leszek, Lesław? Mniej więcej coś w tym rodzaju; przy czym dodać należy, że córce dał za to piękne imię Basmala), traktujesz takie momenty jako sposobność na złapanie oddechu.

Samo Beni Suef to miasto naprawdę spore, podobnie zresztą jak i to, gdzie jesteśmy dzisiaj - Minja (jak można wyczytać w przewodniku jeszcze raptem pod koniec lat 90. XX wieku na jego ulicach trwały walki egipskiego wojska z radykalnymi bojówkami, stąd być może taka troska o nas ze strony policji). Poza tym świeże powietrze, ładne kamienice i awans Egiptu do półfinału Pucharu Narodów Afryki, który oglądaliśmy wczoraj w barze z koszeri, który z całą pewnością poprawił nastroje mieszkańców (masywny kucharz po golu na 2:1 tak mocno dostał od kolegi po plecach - z radości co prawda, ale musiało boleć - że sala na chwilę zatrzęsła się w posadach), choć przyznać trzeba, że sędzia skrzywdził Kamerun; po wolnym A. Hassana piłka na pewno nie odbiła się za linią bramkową.

A dziś - dystans krótszy, więcej oglądania. Ale najpierw pieczątka. Bo Minja to miasto, które podobnie jak i Beni Suef odwiedził na swojej trasie Kazimierz Nowak. Dokumentujemy."

Więcej szczegółów na temat akcji można znaleźć na stronie: www.afrykanowaka.pl

PIERWSZA CZĘŚĆ RELACJI ZNAJDUJE SIĘ NA STRONIE: www.wloczykij.com/index.php?plik=pokaz&pokaz_ID=278

Archiwum

14. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij13. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij12. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij11. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij10. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij9. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij8. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij7. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij6. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij5. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij4. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij3. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij2. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij1. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij

Kontakt

Spiritus Movens - Przemek Lewandowski - fluxoplazma@gmail.com
Biuro festiwalu - Gryfiński Dom Kultury - sekretariat@gdk.com.pl

Dołącz do nas Włóczykij na FB

Projektowanie stron internetowych - kostek.net