Włóczykij

Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży "Włóczykij"

Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka. Relacja z etapu 1

Dziś mija 26 dzień wyprawy "Afryka Nowaka - wyprawa szlakiem Kazimierza Nowaka". Ostatni mail od Piotra Sudoła, jaki pojawił się na stronie relacji on-line z wyprawy, pochodzi z 23 listopada - 19 dnia wyprawy:
"Temat: Żyjemy!!

Treść: Po 6 dniach wyczerpujacej walki dojechalismy do Wielkich Diun Piaskowych. Co drugi dzien mamy silny przeciwny wiatr. Uksztaltowanie terenu jest coraz ciezsze. Z dnia na dzien coraz bardziej grzezniemy. Rowery waza 50 kilo z bagazem (20 litrow wody kazdy) Fadel od 3 dni nie jedzie. Powiedzial natomiast I will never forget Kasimier Novak in my life

Diuny maja po 300 metrow wysokosci. Plan jest taki, ze przekraczamy je w najwezszym miejscu to jest 60 km. Bedziemy pchac rowery.

Noce coraz zimniejsze. Panoramy jak na Marsie, Wenus czy Ksiezycu. Brak sladow zycia, ale jest tlen i atmosfera (mozemy chodzic bez skafandrow)

Temperatura w ciagu dnia nam sprzyja, widoki niesamowite, jestesmy zdrowi, rowery sie nie psuja. Trzymajcie kciuki.(...)"

Wcześniejszy raport Piotrka pochodzi z 15-17 listopada - 11-13 dnia wyprawy:
"15 listopada wczesnym rankiem opuszczamy Derj. Przed nami dokładnie 101 km do słynnego Ghadamesu. Miasta owianego legendą, miasta otoczonego pustynią, miasta znanego jako miasto tranzytowe większości saharyjskich karawan podróżujących na liniach północ-południe i wschód-zachód i wreszcie miasta zwanego "Bramą Sahary".

Przed nami aż sto kilometrów, ale tym razem nie martwi nas to tak bardzo. Ostatnie dni pozwoliły nam poczuć się silniej. Znaleźliśmy swój rytm. Wsiadamy na rowery wczesnym rankiem. Tuż po wschodzie słońca poranny chłodek jest więcej niż odczuwalny. Narzucamy spore tempo i błyskawicznie się rozgrzewamy. Przed nami ponownie niewiarygodna przestrzeń. Długie zjazdy i roztaczająca się panorama płaskowyżu wyraźnie poprawiają humory. Podświadomość śpiewa: "I believed I can fly. I believed I can touch the sky". Mkniemy "betonówką", aż serce rośnie.

Pierwszy stop po ok. 30 kilometrach. Dominik chowa się za usypany z kamieni kurhan po lewej stronie szosy, my ze Zbyszkiem grzebiemy butami wśród kamieni po prawej stronie. Szukamy skorpionów na płaskiej jak blat stołu powierzchni hamady wykafelkowanej płaskimi kamieniami. Czwarty odrzucony kamień i proszę bardzo - jest! - drobnej budowy krabik z kolcem jadowym przypomina o czekających na pustyni niebezpieczeństwach.

Kolejny stop to sesja fotograficzna na sporych rozmiarów wydmie piaskowej, które coraz liczniej pojawiają się na naszej drodze. Chwilę później nie planowany przystanek spowodowany przechodzeniem przez drogę stada wielbłądów. Niesamowity widok dostojnie kroczących jednogarbnych wielbłądów w ilości około 50 sztuk i dwóch rycerzy pustynni - ubranych w ciemno granatowe szaty - Tuaregów pośpieszających zwierzęta.

I w końcu, choć ostatnie 20 kilometrów daje nam w kość, dojeżdżamy do Ghadamesu. Codziennie najtrudniej jeździ się pomiędzy 14.00 i 16.00. Słońce pali wtedy okrutnie, powietrze jest ciężkie i zdaje się nieruchomieć, aż strach pomyśleć jakie warunki panują tu latem o tej porze dnia. W Ghadamesie jesteśmy ok. godziny 16.00 czyli plan wykonany. Przed zachodem słońca mamy jeszcze dwie godziny na niezbędny rekonesans. Zaczynamy od biura informacji turystycznej, które okazuje się być posterunkiem policji turystycznej. Wewnątrz ubrany w krawat funkcjonariusz siedzący za ustawionym centralnie biurkiem informuje nas, że żeby opuścić miasto i pojechać choćby 5 km na północ w kierunku granicy z Algierią do słonego, wyschniętego jeziorka (lokalnej atrakcji turystycznej) potrzebne jest specjalne urzędowe pozwolenie. Po prawej stronie biurka siedzi zdrowo przesuszony mundurowy stójkowy mocno zaawansowany w latach z wyciągniętą do przodu szyją jak u stuletniego żółwia i niemo wpatruje się w dal. Ot, pustynia zamieszkała na stałe w jestestwie funkcjonariusza i żaden, nawet najbardziej cudaczny rowerowy turysta, nie jest w stanie wytrącić go ze stanu wiecznego medytacyjnego skupienia.

Ku ogromnemu zdziwieniu policjantów informujemy, że poza miasto się nie wybieramy, więc żadnych pozwoleń nie potrzebujemy. Przychodzi nawet kolejny najstarszy rangą funkcjonariusz i zasadniczym tonem jeszcze raz informuje, że potem nie będzie odwrotu - pozwolenie można załatwić teraz albo wcale. Dziękujemy pięknie, żegnamy się i ruszamy w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Najstarszy rangą żegna nas po polsku: "Dzień dobry" i "Dziękuję" (?!).

Jeszcze tego samego dnia jemy młodą "wielbłądzinę" z kuskusem, poprzedzoną pikantną zupą z harisą czyli lokalnym przysmakiem będącym pastą z czerwonych papryczek pepperoni. Na deser miękkie i soczyste daktyle. Robimy rekonesans po mieście. Wymieniamy Euro na dinary po kursie 1Euro = 1.78 Dinara. Na banknotach ojcowie narodu czyli oczywiście Muamar Kaddafi oraz Omar Elmokhtar - przywódca, który poprowadził naród libijski do zwycięskiej walki o niepodległość spod protektoratu kolonizatorów. Na rewersie banknotu jedno dinarowego nowy, bajeczny meczet w Ghadamesie z dwoma strzeliście zaprojektowanymi minaretami (wieżami). Architektura tego obiektu, finezja stylu i pieczołowitość detali jest godna podziwu. Zwłaszcza wieczorem, kiedy jeździmy "brenarowerami" po mieście, podświetlony z rozmachem meczet robi niezwykłe wrażenie.

Resztę dnia spędzamy w kawiarence internetowej - śląc relacje, załatwiając dziesiątki spraw organizacyjnych dotyczących naszego i kolejnych etapów afrykinowaka.pl. Śpimy w schronisku młodzieżowym, które oferuje podstawowe warunki bytowe. Dla nas jest to jednak hotel czterogwiazdkowy z 70-cio metrowej wielkości salą spotkań dekorowaną na styl arabski, ze wspaniałą ciepłą wodą lecącą z prysznica w dowolnej ilości, z lustrami w łazienkach, z garażem dla rowerów, z pralnią i z werandą, na której siedzimy do późna w nocy puszczając dymki z nargili - fajki wodnej, którą, abrakadabra, pod osłoną nocy, dostarczył tajemniczy marabut. Pijemy szaj, a w około mile wonieje zapach tytoniu jabłkowego.

Zrywamy się o świcie. Dziś nie pośpimy. Obowiązki wyprawowe wzywają. Jutro przecież, z samego rana, mamy ruszyć na pustynię, na minimum 10 dniowy, przejazd odcinka Ghadames - Ghat. Odcinka, którego jak mówią doświadczeni przewodnicy, lokalni Tuaregowie i znawcy Sahary nikt wcześniej na rowerze nie przejechał. Dementujemy oczywiście tą drobną nieścisłość w wiedzy o własnym kraju lokalnej społeczności pokazując zdjęcia Kazika na Saharze. Zastanawiamy się też czyby tej trasy nie nazwać polską drogą rowerową, bo jak widać, na rowerze, jeżdżą nią tylko Polacy. Jeśli zaś chodzi o obowiązki to samych kartek do wysłania mamy ok. 60 sztuk - trzeba je kupić, potem znaczki, potem podstemplować pieczęcią wyprawową, potem zaadresować i w końcu zredagować oraz wypisać tekst. Akcja pocztówka z Ghadamesu przebiega nie bez atrakcji. Chęć zakupu znaczków do Polski zaskakująco powoduje wizytę całej naszej czwórki w gabinecie dyrektora poczty. W socjalistycznej Libii urząd rzecz święta i hurtowy zakup państwowych druków musi być dokładnie przemyślany. Kupujemy 120 szt. znaczków o nominale 100 centymów czyli 1/10 dinara. Trwa to jakieś pół godziny, podczas której dyrektor cały przejęty zamówieniem liczy znaczek po znaczku. W końcu płacimy 12 dinarów (28 zł i 80 groszy) i szczęśliwi opuszczamy budynek poczty. Znaczek do Bolandy 48 groszy!

Pozycja drugiej tabliczki powieszonej w Schronisku Młodzieżowym w Ghadamesie:
N 30*07,148' , E 09*29,521'

Następne wielkie wydarzenie tego dnia to spotkanie na szczycie: dyrekcja Schroniska Młodzieżowego - uczestnicy pierwszego etapu wyprawy afrykanowaka.pl. W wyniku tego spotkania dyrektor Schroniska wyraził wielką radość i poparcie dla pomysłu powieszenia w schronisku tabliczki ku czci Kazimierza Nowaka. Szczególne jego zainteresowanie wzbudziła fotografia wykonana przez Kazika w grudniu 1931 roku w Ghadameskiej Medinie (strona nr 37 książki). Do samego powieszenia tabliczki doszło jeszcze tego samego wieczoru. Uroczystość uświetniła grupa około 20 nobliwie wyglądających mieszkańców miasta bez wątpienia stanowiących jego intelektualną elitę. Pośród ochów i achów, ustnych tłumaczeń całych rozdziałów książki na angielski i potem na arabski, przeglądania i komentowania zdjęć, licznych deklaracji chęci wejścia w posiadanie arabskojęzycznej lub chociażby angielskojęzycznej wersji książki - tabliczkę niniejszym zawieszamy w holu wejściowym schroniska, po prawej stronie recepcji i na wprost wejścia głównego do budynku!

Wspomnieć jeszcze należy, że Dyrektorowi Schroniska wręczyliśmy egzemplarz książki po polsku oraz przegraliśmy możliwie wszystkie pliki z naszego komputerowego "archiwum nowakowego" (biografia po arabsku, liczne zdjęcia autorstwa Nowaka, prezentację Łukasza, mapę trasy, itd.,itp.). Ściągnęliśmy również mailem z Polski zdjęcie z książki, które tak zainteresowało naszego gospodarza. Zdjęcie miejsca, w którym ów się wychował, zdjęcie jednego z kilkudziesięciu korytarzy Ghadameskiej Mediny.

Medina czyli arabska starówka to w Ghadamesie obiekt niebywały. Jest to zabudowane na obszarze 10 hektarów miasto labirynt, które powstawało przez kilkaset lat i obecnie, mimo, że w większości zrujnowane, posiada 1600 budynków, 1250 domów, 27 meczetów i kilkanaście szkół koranicznych. Genezą powstania tego założenia miejskiego, było tak ciasne wybudowanie domów w układzie wertykalnym, aby ich kominowy kształt zmultiplikowany po tysiąckroć stworzył przy gruncie sieć korytarzy, które dawały błogi cień. Właśnie te korytarze to opisywane przez Kazimierza Nowaka miasto mężczyzn. Miasto, którego ulice to malowane na biało niskie tunele, z licznymi rozgałęzieniami, zakamarkami, placami wyglądającymi jak podziemne i gipsowymi siedziskami dla wygody spacerujących. Całkowitą ciemność rozświetlają w korytarzach rozmieszczane często między domami świetliki o wysokości ok. 10 metrów. Powyżej poziomu "0" roztacza się już królestwo kobiet - domy mieszkalne i tarasy. Dostać się tam można przez ukryte w bocznych korytarzach wejścia do domów. Domostw budowanych pionowo na wysokość trzech i więcej kondygnacji, zbudowanych z gipsu i glinianych cegieł suszonych na słońcu, które z racji swych obłych wewnętrznych kształtów wydają się być jakby wyryte w skale. We wnętrzu na drugiej kondygnacji znajduje się najprzestronniejsze pomieszczenie, będące rodzajem salonu. Ma ono ok. 3-4 m2 powierzchni licząc po podłodze, natomiast jest wysokie na 5-6 metrów w górę. Z "salonu" prowadzą gipsowe zabudowane schody do poszczególnych sypialni i na najwyższą kondygnację - na taras. Stanowi on zwieńczenie domu, jest otoczony zdobnymi blankami, wyższymi w każdym z narożników i nierzadko posiada również dwie kondygnacje. Między poszczególnymi tarasami można dość swobodnie przechodzić, co tworzy arterię komunikacyjną miasta przeznaczoną wyłącznie dla kobiet. Ciekawostką jest również fakt, że domy nie posiadały łazienek. Funkcję higieniczną miasta spełniała płynąca w kamiennych korytach woda zasilana z jednego jedynego w mieście źródła Ain al-Faras czyli oko klaczy.

Obecnie cała Ghadameska Medina jest kompletnie nie zamieszkała. Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd w 1983 roku. Rząd Kaddafiego zbudował obok stylizowane na stare, ale nowoczesne domy. Z łazienkami. Prawowici właściciele poszczególnych domów nie chcą do nich wracać, bo zasmakowali wygód. Medina jest zabytkiem, co więcej znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Nie możemy się nadziwić, że to miejsce jest tak dostępne dla każdego turysty. Na początku nieśmiało, a potem już z ułańską fantazją jeździmy "brennaborami" przez tunele Mediny. Dominik mówi, że to jest najlepsze na świecie miejsce do zabawy w chowanego. Zagubieni w labiryncie korytarzy czujemy się jak w mieście duchów. Niczym poszukiwacze zaginionej arki zaglądamy w boczne korytarze. Z czołówkami wyszukujemy w ciemni wejść do poszczególnych domów. Niektóre nie zamknięte drzwi odsłaniają przed nami tajemnicze wnętrza, kręte wydeptane schodki, pozostawiane w nieładzie sprzęty gospodarcze, ściany dekorowane arabskimi znakami i symbolami oraz liczne małe niebieskie zdobione drzwiczki zamykające wiele szafek i szafeczek usytuowanych tak aby do maksimum wykorzystać przestrzeń. Wychodzimy na tarasy, wspinamy się po nich na minaret meczetu, właśnie zachodzi słońce, cienie kładące się nisko nad dachami domów dają niesamowite wrażenie. Jesteśmy w innym świecie. Mury opowiadają nam o czasach świetności miasta. Czasach, gdy słynne ghadameskie karawany z Egiptu do Mauretanii i z nad Jeziora Czad do wybrzeży Morza Śródziemnego woziły szlachetne kamienie, złoto, srebro, trypolitańskie konie, kość słoniową, pióra strusie, daktyle, zwoje papieru z Wenecji, perły z Paryża i maty z Marsylii..."

Więcej szczegółów na temat akcji można znaleźć na stronie: www.afrykanowaka.pl

DRUGA CZĘŚĆ RELACJI ZNAJDUJE SIĘ NA STRONIE: www.wloczykij.com/index.php?plik=pokaz&pokaz_ID=316

Archiwum

14. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij13. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij12. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij11. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij10. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij9. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij8. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij7. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij6. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij5. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij4. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij3. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij2. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij1. Gryfiński Festiwal Miejsc i Podróży Włóczykij

Kontakt

Spiritus Movens - Przemek Lewandowski - fluxoplazma@gmail.com
Biuro festiwalu - Gryfiński Dom Kultury - sekretariat@gdk.com.pl

Dołącz do nas Włóczykij na FB

Projektowanie stron internetowych - kostek.net